Jest rok 2007, październik, środa , godzina 22.41 Na świat przychodzi Zosia !

Wiedziałam , że oto na świat przyszła wyjątkowa mała dziewczynka… nie wiedziałam jak bardzo wyjątkowa i jak bardzo zmieni się nasze życie. Gdy po raz pierwszy trzymałam ją w ramionach byłam tak szczęśliwa, że łzy strugami spływały po moich policzkach a ja nie byłam w stanie ich powstrzymać. Waldek zapytał – dlaczego płaczesz ? A ja nie mogłam słowa wydusić…  kilka godzin później nasz świat runął jak domek z kart…  zabrano mi córeczkę na rutynowe badania i już do mnie nie wróciła… i ta cholerna niepewność… wiedziałam, że coś jest nie tak, nikt nie odpowiadał na moje pytania, kazano czekać na lekarza a czas wlókł się w nieskończoność… chciałam krzyczeć ,, oddajcie mi dziecko, przecież muszę ją nakarmić,  będzie płakać…  ja nie chcę by płakała,  by była głodna.” Nagle do sali wchodzi ta sama lekarka , która zabrała Zosię na badania… prosi bym się uspokoiła ale przecież to niemożliwe… no jak mam być spokojna…  zadaję pytania,  co się dzieje z moim dzieckiem,  gdzie jest,  dlaczego do mnie nie wraca ???  Słyszę ,, pani córeczka jest bardzo chora… ma złożoną wadę serca, dokładnie jeszcze nie wiemy , czekamy na konsultację ale jutro rano zostanie przewieziona do innego szpitala… reszty nie słyszałam,  widziałam tylko że lekarka ciągle mówi …   na koniec dodała    ,, może ją pani ochrzcić…    Boże pomyślałam,  to się nie dzieje na prawdę…  zaraz się obudzę i wszystko będzie tylko sennym koszmarem…  przecież Zosia jest zdrowa !!!     Jednak to nie był sen…  mój świat walił się a ja stałam i patrzyłam w osłupieniu nie mogąc powstrzymać tragedii…  Nie jestem w stanie słowami opisać kolejnego dnia i tych wszystkich emocji,  które mną targały…  leżałam na sali z innymi kobietami ,  które miały przy sobie swoje dzieci a ja do swojej Zosi chodziłam dwa  piętra w górę by być przy niej,  karmić ją , przytulać … miałam ochotę ją zabrać i uciec do domu…  mylą się myślałam,  to jakaś pomyłka…  to nie może być prawda na miłość Boską !!! To się nie dzieje !!!  Następnego dnia ochrzciłam swoją córeczkę , pobłogosławiłam i patrzyłam z krwawiącym sercem jak wkładają ją do inkubatora by przewieść do innego szpitala… odprowadziłam swoje dziecko do windy a gdy jej drzwi się zamknęły z rozpaczy chciało mi się wyć…  ból był tak potworny , że nie mogłam ustać na nogach…  bolało nawet oddychanie…   Weszłam do  sali a z okna widziałam wyjeżdżającą na sygnale karetkę z moją maleńką córeczką… Boże miej litość pomyślałam… daj mi siłę by nie oszaleć…  Poszłam do pielęgniarki i oznajmiłam , że wychodzę na własne żądanie… nie chcieli mnie wypisać ze względu na moje wyniki, moja hemoglobina jak się okazało plasowała się na poziomie   3.01   ale mnie nie bardzo to interesowało.  Wiedziałam jedno, moje dziecko mnie potrzebuje a ja nie wyobrażam sobie innego miejsca,  jak przy niej. Nie będę się nad sobą użalać, moja rozpacz nie pomoże Zosi, zbieraj się kobieto, otrząśnij, jesteś potrzeba swojej córce, Zosia musi czuć jak bardzo ją kocham i musi walczyć , razem musimy…  Tego dnia podjęłam decyzję,  jestem dla niej, stanę do walki o życie swojej córki  i nigdy się nie poddam, poświęcę każdą sekundę i  zrobię wszystko co w mojej ludzkiej mocy  by ulżyć jej w cierpieniu,  dołożę wszelkich starań by mimo wszystko była szczęśliwa.  Moja miłość nie zna granic,  jest bezkresna i przeogromna.   Kocham Cię Zosiu bardziej niż wczoraj,  mniej niż jutro !   Zawsze będę przy Tobie i  obiecuję, że nigdy Cię nie zawiodę. Chcę by jak dorośnie  powiedziała,  że dałam radę i że jest szczęśliwa.  Prowadź mnie Zosiu, swoją mamę,  dzielna wojowniczko a ja będę kroczyć  zawsze z miłością u Twego Boku…  Boże a Ciebie proszę… trzymaj ją zawsze za rękę i błogosław…

Zosia ma 6 dni … ważyła   3.500 kg

Zosia  dwa miesiące po pierwszej operacji…. ważyła całe   1.700 kg   Jest po dializach, ma uszkodzoną toksycznie wątrobę,  zapalenie płuc, rozedmę płuc, płyn w jamie brzusznej i płucach… stan bardzo ciężki  utrzymuje się od dnia operacji…  brak rokowań na poprawę….

31 stycznia zrobiono jej tracheotomię,  w tym dniu Zosia kończyła 3 miesiące swojego życia… dokumenty podpisałam wyjąc jak  bóbr…   dlaczego nie mogłam jej kupić misia tylko pozwoliłam rozciąć gardło i włożyć rurkę…   Zosia jednak walczyła jak lwica…  Nie wiem dlaczego ale wspomnienia są tak żywe jakby ten cały wielomiesięczny koszmar był zupełnie niedawno…  Zosia przeżyła… gdybym chciała opisać co się działo byłoby to wiele stron… stron opisujących  ogromne cierpienie  dziecka,  ból tak potworny,  że słowa nic by tu nie dały…  walkę tak zawziętą  bo tocząca się o życie maleńkiej dziewczynki…  bezsilność matki i ojca, która wyrywa serce… i zwycięstwo życia nad śmiercią tylko po to by znów stanąć do walki o jej jakże kruche życie… tym razem w Monachium. Drugi raz udało się ją uratować i chociaż nie było łatwo przywiozłam po miesiącu żyjącą Zosię do domu.  Zaczynałyśmy od początku,  uczyłam trzymać ją główkę,  kulać się z boku na bok,  siadać stawać aż wreszcie chodzić…  jednego jestem pewna,  mam zaszczyt być mamą wyjątkowej dziewczynki i jestem szczęśliwa,  że jest moją córką.  Zosia, dzielna wojowniczka , która wniosła do mojego życia słońce !  Dziękuję Ci córeczko za Twoją siłę !!!   Siłę, którą dajesz mi każdego dnia !!!

Jutro skończy 5 lat !!!

Jutro zrobię wpis ,  dziś trenuję pojemność  płuc i dmucham balony  🙂  Oj się starzeję albo przynajmniej moje płuca 😉   Zosia chodzi za mną krok w krok i z zaciekawieniem obserwuje co też jej mama wyprawia !   No tak,   jutro dzieci będą biegały po domach z hasłem  ,,psikus albo cukierek ” a ja będę śpiewać 100 lat mojej córeczce…  Mam nadzieję , że dam radę powstrzymać emocje i się nie rozpłaczę…  do jutrzejszego wieczora kochani !

I na koniec … WSZYSTKIM  WAM KOCHANI RAZEM I KAŻDEMU Z OSOBNA JESZCZE RAZ BARDZO DZIĘKUJĘ ZA KOMENTARZE NIOSĄCE POCIECHĘ,  OTUCHĘ I WSPARCIE  !!!   JESTEŚCIE WSPANIALI A JA DZIĘKUJĘ WAM ZA TO , ŻE ZECHCIELIŚCIE ZAJRZEĆ NA ZOSIOWY BLOG I UDZIELIĆ MI WSPARCIA ! DOSTAŁAM OD WAS BEZCENNY DAR W POSTACI LUDZKIEJ ŻYCZLIWOŚCI !!! DZIĘKUJĘ W IMIENIU SWOIM JAK I ZOSI  !!!

 

…będzie wpis… będzie blog… z miłości do córki !!!

Kochani bardzo dziękuję za słowa wsparcia i otuchy i nie ukrywam,  że były bardzo potrzebne….  słowa mają swoją magiczną  moc,  te negatywne i obelżywe ale przede wszystkim te niosące pocieszenie,  dobrą radę ,  wsparcie….   wiem, że nie jestem sama … wiem też ,  że często rodzice chorych dzieci narażeni są na krytykę …  i to mnie już nie dziwi .  Ja mogę sobie być atakowana czy obrażana ale moja córka absolutnie NIE !!!     Co najbardziej mnie zszokowało to używanie przez  ,, człowieka ”  wulgaryzmów w stosunku do dziecka !   Niestety mój nastrój udzielił się również Zosi i chociaż ze wszystkich sił starałam się ukryć smutek  moja córeczka doskonale wiedziała , że z mamą jest coś nie tak.  Poszłyśmy na spacer i tu również mnie zaskoczyła,  nie biegała jak zwykle,  była zamyślona , miała taką poważną minę dorosłego….  usiadła , złożyła rączki jak do wieczornej modlitwy i spoglądała w niebo….a ja miałam kluchę w gardle…  wyglądało to tak jakby w myślach prosiła Boga o opiekę…..zresztą zobaczcie sami….

Myślę,  że cokolwiek bym nie napisała buzia Zosi mówi wszystko…  Zosiu tak bardzo Cię kocham…  nawet jeżeli coś na chwilę mnie przygniata to zawsze będę się podnosić … by iść naprzód.  Wiem dokąd zmierzam a dzięki Wam mam świadomość  , że nie jestem sama … Swoją drogą maja te  TROLE  wyczucie…  za trzy dni urodzinki Zosi a tu  takie obelgi pod jej adresem…  dobrze,  że ona nie rozumie co się dzieje… wychwytuje negatywne emocje,  przecież dzieci są jak gąbki i doskonale wyłapują nastrój panujący w domu.  Tak więc,  jak nie ukryję smutku to i  Zosia  nie jest tak radosna i uśmiechnięta  jak zwykle.  Mam nadzieje , że to co najgorsze już zostało napisane….    Teraz czas zacząć przygotowania do tego aby w dniu urodzin Zosia tylko i wyłącznie miała uśmiech na twarzy 🙂

Kochani stali czytelnicy jak i nowi,  jeszcze raz bardzo Wam dziękuję za  komentarze, które podniosły mnie na duchu i dodały pewności,  że to co robię jest słuszne i że nie mogę się poddać.  Co dalej zrobię z tą całą nieprzyjemną sytuacją jaszcze nie wiem…. pomyślę i na pewno poinformuję  co postanowiłam.    I jeszcze jedna bardzo ważna sprawa , Emilko Wilgosz  bardzo Ci dziękuję za to co dla mnie i Zosi zrobiłaś…  od dawna  jesteście z Laurką bliskie mojemu sercu i gdybym kiedykolwiek mogła jakoś się odwdzięczyć to pamiętaj,  że jestem !  Kochani a Wam wszystkim, życzę  spokojnego weekendu , w atmosferze szczęścia , miłości,  spędzonego z tymi , których kochacie najbardziej.  Z dala od ludzkiej  zawiści….

Dostałam dziś dwie wiadomości, które przepełniły mnie przerażeniem… goryczą…smutkiem i wściekłośćią !!! POWAŻNIE ZASTANAWIAM SIĘ NAD ZAMKNIĘCIEM BLOGA … MOJE DZIECKO NIE ZASŁUGUJE NA OBRZUCANIE JĄ OBELGAMI !!! MAM DOŚĆ !!!!

…muszę ochłonąć ale nie wiem czy to cokolwiek zmieni…

Przecież to nie pierwszy raz….. ktoś obrzuca wyzwiskami mnie …  to już na mnie nie działa ale….jeżeli  ,,ktoś” ośmiela się tak  postępować wobec mojej Zosi  krew mnie zalewa…  Tym razem dwie wiadomości ,  od dwóch różnych ponoć rodziców  (z różnych komputerów ) dosłownie naklęło na moje dziecko.   Wiadomości są obelżywe…   zdenerwowała się pewna mama i pewien tata,  którzy mają jak napisali  baaaaardzo chore dzieci i to ich pociechy potrzebują pomocy a ja jestem    ku….a,    sz…..ta,    zdz…..ra,  (to te delikatniejsze określenia mojej niebywałej osobowości i charakteru).   Mam czelność prosić o pomoc,  brać udział w jakiś  pier…..ych   konkursach ,   zbierać 1% podatku,   na mojego pseudo chorego bachora….

A teraz cytat z wiadomości    ,, ta mała  s….ka    wiecznie szczerzy ten swój ryj,    popie……dala    po lesie,    bawi się w najlepsze  a moje dziecko jeździ na wózku i nigdy nie stanie na nogi…”   To napisała troskliwa mama….

Tata kolejnego chorego dziecka był równie dosadny w swoich określeniach,  cytuję    ,,  Ku…ica    mnie bierze jak widzę twojego  bachora ,   zakłamana  pi…..o     przestań zbierać kasę i robić z ludzi naiwnych głupców,    ta  twoja  mała    fr….ca    nie jest chora chyba,  że ty i to na psychę !    Szczerzy  mordę na prawie każdym zdjęciu i ona ma być chora?   Nie waż się zbierać więcej kasy , ona nie zasługuje na złamany grosz !

Jeszcze kilka innych bardzo wulgarnych określeń na Zosię ,   których nie zamieszczę …  i oczywiście groźba,   że nie mam się ważyć zbierać   1% podatku na Zosię bo …   i kilka wskazówek co będzie się działo….  Najpierw pomyślałam,  że pójdę na policję  ale jeżeli Ci ludzie mają naprawdę chore dzieci to komu wyrządzę większą krzywdę?  Przecież  rodziców się nie wybiera,  te dzieci nic mi nie zrobiły….   To nie pierwsze takie wiadomości….  zdaję sobie sprawę z nienawiści jaka krąży wokół Zosi….  ale za co???  Za to, że żyje ????   Jaką mam gwarancję,  że przeżyje kolejną operację????   ŻADNEJ !!!!  ROKOWANIA  NIEPEWNE ,   tak określają jej przyszłość lekarze !!!   I wiecie co ?  Nie wiem czy gdyby była taka możliwość  nie wolałaby by  Zosia nie chodziła !  ale za to jej życie było bezpieczne !!!   Nigdy nie sortowałam,  które dziecko jest bardziej czy mniej chore…..   wiem jedno,  ja nie wiem jak długo Zosia będzie żyła a nawet jak uda się  jej przetrzymać kolejną operację to w jakim będzie stanie!!!   Straciła słuch…prawie nie mówi…  jej ciało to jedna wielka blizna…     a organy wewnętrzne też mogą w każdej chwili się  zbuntować ….i przestać ze sobą współpracować…    To mało?????    W głowie mi się nie mieści jak inny rodzic mając chore dziecko,  może coś takiego napisać pod adresem innego dziecka !!!

Muszę ochłonąć i zastanowić się co z tym zrobić….  co zrobić z blogiem i czy pisanie go ma jakiś sens…   Mam dość ludzkiej nienawiści….   A wszystko przez to,  że zgłosiłam Zosi zdjęcie do konkursu…..   Boże miej litość i oświeć mnie bo nie rozumiem…..   jeżeli drodzy autorzy wysłanych do mnie swoich uwag mieli na celu by zabolało to  MOJE GRATULACJE !!!    UDAŁO SIĘ WAM ODNIEŚĆ SUKCES !!!     BOLI JAK CHOLERA !!!

 

Wyciski na wkładki pobrane….

Poznań kolejny raz odwiedzony… wizyta w KIND  tym razem dla Zosi nie była miła… przy zaglądaniu do uszek i wyduszaniu formy na nowe wkładki silikonowe cały czas płakała … ba,  nawet wykręcała głowę bojąc się ,  że może nasz kochany pan Maciej potraktuje jej uszka wodą !  Oj , płukanie uszka zapamiętała a ja boję się , że na długo…. strach pozostał… Po wyjęciu wycisków i sprawdzeniu czy nic w środku przypadkiem nie zostało nasz pan protetyk Maciej oddelegował nas do domu.   Zosia przestała płakać ,  podała rączkę na do widzenia i szybko ruszyła z gabinetu gdzie czekała na nas  ciocia Gosia,  nasz nieoceniony kierowca.  Szybko ubrałam Zosię i ruszyłyśmy do wyjścia a ja widząc jak na twarzy Zosi pojawia się uśmiech wiedziałam,  że moja córeczka jest przeszczęśliwa bo wie,  że wracamy do domku.  W samochodzie  nie zmrużyła oka  bacznie obserwując drogę… spryciulka 🙂 Na trasie remonty,  ruch wahadłowy ,  mgła i nieodpowiedzialni kierowcy ,  którzy ewidentnie głupotę mają wypisaną na twarzy.  Dwa metry przed nami jakiś szaleniec tak się spieszył, że o mały włos a  uczestniczylibyśmy w kolizji,  kawałek dalej wypadek…nie cierpię podróżować w takiej pogodzie a niektórzy kierowcy maja warunki atmosferyczne, swoje i pasażerów bezpieczeństwo oraz innych kierowców na trasie.  Totalny brak wyobraźni i najwidoczniej świadomości  jak kruche i jednocześnie cenne jest życie ! Na szczęście nasza kochana Gosia ma i wyobraźnię i świadomość , jeździ bezpiecznie co i mnie samej daje poczucie bezpieczeństwa ,wiem  że jak nie spotkamy na drodze ……………( wolę wykropkować  bo użyłabym mocnego określenia   :\   to nic się nie stanie.    Kochana Gosiu  dziękuję za bezpieczną podróż !!!   Teraz mamy trochę przerwy w wyjazdach,  jak oczywiście nic nowego nie wypadnie….  Skupiamy się na rehabilitacji i zajęciach przedszkolnych,  spacerki też pewnie będą rzadkością bo to oficjalnie koniec pięknej złotej jesieni.   Ma wiać , padać i ma być zimno….a brrrr  więc siedzimy w domku.  Muszę zająć się planowaniem jakiejś niespodzianki na urodzinki mojej córeńki.  A to już  tuż,  tuż !!!   31 październik bo to ta cudowna data,  zbliża się a ja nie mogę uwierzyć , że to już  5 lat  !!!

Kochani trzymajcie się cieplutko a ja na zakończenie dzisiejszego wpisu zamieszczę kilka zdjęć Zosiulki  szalejącej  w piękne , słoneczne , jesienne dni ! Mam tyle tych zdjęć , że starczy na całą zimę by wspomnieniami chociaż przywołać słońce !

 

Czasem to co wydaje się stracone , można znów…odnaleźć !

Szczęście bo to o tym będzie mowa w tym wpisie ,  czasem wydaje się tak odległe… utracone i niemożliwe do odzyskania…  jakby zupełnie poza naszym zasięgiem…  Wiem jedno, nie wolno utracić wiary…  mimo wszystko…  i nie można się poddawać choć brakuje sił !  Oczywiście,  że dla każdego z nas szczęście oznaczać  może zupełnie coś innego, zdrowie,  miłość,  pieniądze…  można by tak wyliczać bez końca.  Dla mnie na tym etapie życia i po tym co za mną , szczęście ma jedno główne oblicze i kilka mniejszych  😉 To najważniejsze szczęście to zdrowie Zosi.  Oczywiste jest,  że serduszko w cudowny sposób nie zostanie uleczone…  głuchota nie zniknie …  otwór stomijny również i cała reszta schorzeń…  Mówiąc zdrowie Zosi mam na myśli to,  że omija szpital szerokim łukiem, że może prowadzić w miarę normalne życie pięciolatki a na jej ślicznej buźce widnieje często uśmiech od ucha do ucha.  To jest dla mnie  szczęście  a w ten piątek mogłam dzięki pewnej cudownej kobiecie sprawić by Zosia …  najpierw oniemiała ze zdziwienia a później szalała z radości.  Jak wyglądał piątek ???   Zapowiadał się zwyczajnie, o ile to określenie w ogóle pasuje do  naszego życia.  Pobudka,  mierzenie parametrów,  poranna toaleta, sprawdzenie i założenie aparacików,  śniadanko, które ostatnio Zosia zjada w nieskończoność….zajęcia z panią nauczycielką i tu na szczęście entuzjazm Zosi jest znacznie większy a później wychodzimy na spacerek. Jednak nasz harmonogram dnia niespodziewanie uległ zmianie za sprawą naszej kochanej cioci Gosi.  Gdy zadzwoniła i poinformowała mnie,  że możemy sprawić Zosi niespodziankę byłam zachwycona!  Od jakiegoś czasu bowiem miałam zamiar zabrać Zosię w miejsca nowe,  nieznane dla niej i choć nam wydawać się mogą zwykłe  dla Zosi to swoista wyprawa w nieznane…  Co mam na myśli ?   Zwykły las i zwykłe jezioro ! Oczywiście,  Zosia była i w lesie i nad jeziorem ale…. było to dawno,  wtedy była z obojgiem rodziców… Waldek uwielbiał zabierać ją na wycieczki a sama Zosia była zachwycona.  Jednak minęło sporo czasu od ostatniej….  miała wtedy przecież tylko 3 latka i pewnie niewiele zapamiętała….  Czas płynie nieubłaganie i chociaż Waldka brakuje nam w każdym dniu coraz bardziej…  staram się ze wszystkich sił by Zosia nie odczuwała tego tak bardzo.  Tym razem na ratunek ruszyła  nam nasza kochana ciocia Gosia i pełniła rolę naszego nieocenionego zresztą przewodnika.  Jak pewnie się domyślacie z wcześniejszych wpisów, nie mam prawa jazdy i samochodu… Zresztą w tej sytuacji  bez pomocy nie jestem w stanie zapewnić minimum egzystencji Zosi o leczeniu czy rehabilitacji  nie wspomnę a co dopiero utrzymać, czy naprawiać samochód….  tak więc zawsze proszę kogoś o pomoc.  Nie chciałam  dodatkowo zawracać nikomu głowy  wycieczkami,  jednak nasza ciocia Gosia , gdy tylko wspomniałam wygospodarowała dla nas całe piątkowe popołudnie !!!  Gosiu,  jesteś wielka !!!

Zosi podróż samochodem kojarzy się z jednym ,, znowu coś będą mi robili ”  bo przecież zawsze jedzie albo na kontrole,  albo na badania,  albo do szpitala…  nie pamięta , że można ot tak po prostu pojechać gdzieś… Po zajęciach i zjedzeniu obiadku, który o dziwo spałaszowała dość szybko  szykowałam nas na wyjazd.  Moja kruszynka myślała,  że pójdzie na zwykły  ,,niezwykły dla niej  za każdym razem”  spacer.  Jak zobaczyła w drzwiach  Gosię była zdziwiona i poddenerwowana a jej myśli były dla mnie oczywiste.  W samochodzie rozglądała się niespokojnie bo i droga za szybą w niczym nie przypominała tej co zwykle.  Gdy dotarłyśmy do pierwszego punktu naszej wycieczki i Zosia wysiadła z samochodu… najpierw trochę niepewnie,  później z tak ogromnym zdziwieniem,  szła rozglądając się dookoła.  To był jeden z najcudowniejszych dni…  wycieczka do lasu i nad jezioro  sprawiła , że ta mała dziewczynka zapomniała na jakiś czas o trudach swojego życia… a dla mnie widzieć ją taką pełną zachwytu… było szczytem szczęścia.  Zosia na codzień  jest bardzo radosna jednak tego dnia wyglądała tak, jakby znalazła się w krainie czarów…    Miałam kluchę w gardle i  powstrzymywałam łzy…  Oby w jej  życiu ,  które same w sobie jest cudem, było jak najwięcej takich dni….   Boże… bądź łaskaw… niechaj takie cuda się dzieją !!!     Teraz pozostaje mi jedno drodzy czytelnicy, przedstawić Wam  pełny obraz piątkowej wyprawy w nieznane Zosi i zamieścić fotografie ,  które udało mi się zrobić ukrywając wzruszenie….

A o to i nasza kochana ciocia Gosia !!!

 

 

Niełatwy…poniedziałek !

Jak dobrze, że poniedziałek dobiegł końca… Zosia zasnęła i podpiełam ja do pulsoksymetru… saturacja skacze więc będę czuwać… ewidentnie moje serduszko jest zmęczone.  Ja zresztą też… padam i to dosłownie z nóg na twarz… jutro napiszę co się działo i jak minęła noc.   Mam nadzieję , że nic się nie wydarzy….

Noc , na szczęście minęła dość spokojnie a Zosia pospała całe 7 godzin co jak na nią to bardzo dużo ! Ja czuwałam … dla jej bezpieczeństwa i własnego spokoju,  saturacja wahała się ale po 3 godzinach snu unormowały się wszystkie parametry Zosi.  Kiedy organizm wypoczął i minął stres całego dnia wszystko się uspokoiło z biciem serduszka włącznie.  A co się działo ?  Dzień zaczął się zwyczajnie,  po śniadaniu Zosia miała zajęcia z panią nauczycielką a ja ukrywałam jak mogłam swoje zdenerwowanie… wiedziałam , że zaraz po lekcjach jedziemy do pani doktor na kontrolę  nieszczęsnego prawego uszka. Walczyłam cały tydzień by je udrożnić i zaoszczędzić Zosi płukania. Nie udało się…chociaż pani doktor po dokładnym sprawdzeniu nie stwierdziła korka z woskowiny dla pewności zaleciła ,,płukanie”. Zosia zapłakana , zdenerwowana i wystraszona cierpliwie jednak czekała aż pani pielęgniarka przygotuje roztwór a ja modliłam się w duchu by wszystko sprawnie poszło.  Tak się zawsze zastanawiam czy gdyby Zosia potrafiła mówić jej płacz nie byłby mniejszy…zadawałaby przecież pytania , co będzie się działo, co pani będzie robiła i dlaczego, czy będzie bolało….a w tej sytuacji czeka na rozwój wydarzeń i jedynym sposobem wyrażenia emocji jest najprostsza z możliwych form czyli radość , kiedy jest bezpieczna,  szczęśliwa  i płacz kiedy się boi lub coś ją boli.  Innej formy wyrażenia emocji na razie nie ma…. Więc płakała moja córeczka w strachu oczekując tego co ma nastąpić i chociaż była w moich ramionach to nie pomagało…Mimo to jest bardzo dzielna,  kiedy pani pielęgniarka przystąpiła do płukania uszka Zosia siedziała spokojnie,  nie protestowała, nie wyrywała się … poszło szybko i z oczekiwanym efektem,  całotygodniowe zakrapianie uszka pomogło rozmiękczyć nieczystości co bardzo ułatwiło zadanie .  Kiedy to co najgorsze już minęło,  płacz Zosi ustał natychmiast , wytarłam ją szybciutko,  ubrałam i jak najszybciej ruszyłyśmy w drogę powrotną do domu.  Tu ogromne podziękowania dla mamy chrzestnej Zosi , cioci Gosi ,  która po nas przyjechała i nas bezpiecznie odwiozła. Gosiu …dziękuję !  W domu moja  córeczka nie była sobą, ciągle przeżywała to co się działo , obiadek jadła z większym mozołem niż zazwyczaj,  więc by ukoić jej niespokojny nastrój w ramach rekompensaty poszłyśmy nakarmić kaczki.  Spacer dobrze jej zrobił , mnie zresztą też, chociaż jej humor nie poprawił się na radośniejszy. Wieczór też nie był zbyt radosny,  Zosia nie chciała już ćwiczyć,  nawet malowanie nie było dla niej atrakcyjne… nic tylko siedziała przytulona do mnie co jakiś czas łapiąc rączką prawe , przepłukane uszko. Tak bardzo na wszystko reaguje,  całą sobą,  czasem te emocje są tak bardzo skrajne …w kilka chwil od perlistego śmiechu do czasem krokodylich łez.  Taka huśtawka emocjonalna jest zawsze gdy są badania … Wszystko ma dosłownie wypisane na twarzy… Zasnęła dość szybko jak na nią a ja wolałam dla pewności czuwać… Przecież  dla niej to był trudny dzień…

Dziś po przebudzeniu moje słonko jednak nie miało bagażu emocji dnia poprzedniego, oczka się iskrzyły radośnie w oczekiwaniu na nowe przygody dnia ! Pani nauczycielka przyszła na zajęcia a Zosia pracowała na przemian angażując się lub pokazując znudzenie. Jest różnie  😉  jednak  w większości i to mnie cieszy , Zosia wykonuje to co ma zadane a najbardziej uwielbia pracować z instrumentami i  farbkami.  Jesteśmy na dobrej drodze a doświadczenie, wiedza, profesjonalizm i konsekwencja pani nauczycielki dają mi pewność , że będzie tylko lepiej.  Tak to mija nam początek tygodnia… w poniedziałek kolejny wyjazd do Poznania ,  tym razem mam nadzieję wszystko się uda i nie będzie żadnych niespodzianek.  Dzisiaj postaram się zamieścić kilka zdjęć z zajęć  Zosi i ze spacerku.  A że pogoda ma być całkiem przyjemna fotografii przybędzie na pewno   🙂  Korzystamy z pięknych jesiennych dni bo jak zrobi się naprawdę chłodno to Zosia już nie pospaceruje…niestety.  Kochani trzymajcie się cieplutko bo o przeziębienie nie trudno !