Echo………….serca.

Jest wczesny ranek…..Zosia śpi a ja dzwonię do naszej pani nauczycielki i odwołuję zajęcia przedszkolne.  Nie chcę budzić córki,  zresztą śpi jak kamień !   Niech odpoczywa bo przecież dziś wielki dzień.   Podróż do Poznania i badania serca.    Pani Iwona tak bardzo wyrozumiała,   życzy nam powodzenia i szczęśliwej drogi…..   ja klucha w gardle bo jestem zdenerwowana do entej !    Zaparzona kolejna kawa,  straciłam już rachubę która….  Ale co tam,  jak nie wypiję nie zapanuję nas sennością !  Siadam przy Zosi i wpatruję się w nią,  śpi tak głęboko,  spokojnie,  oddycha miarowo….. saturacja 97 .   Moje myśli błądzą,  zastanawiam się co dziś usłyszę….. Wiem czego mogę się spodziewać jednak naiwnie  liczę na   ,, bez zmian ,,  !    Spakowane,  wszystko dopięte na ostatni guzik,  czas płynie a Zosia jak gdyby nigdy nic śpi sobie spokojnie…… Wybiła  14.00  !  Czas budzić córkę,  musi coś zjeść przed podróżą i trzeba przypomnieć jej wczorajszą rozmowę o tym dokąd jedziemy i co będzie się działo.

Zosia wstaje niechętnie w nastroju raczej buntowniczym.   Ale po pół godzinie jest lepiej,  ogląda bajkę a ja  mierzę parametry,  podaję probiotyki,  dezynfekuję stomię…..   Panna ubiera się sama,  ja sprawdzam uszy i zakładam aparaty,  co do fryzury dziś zdecydowanie panna Zofia protestuje gdy chcę zrobić kitkę…     A cha,  mają być rozpuszczone.    Zgoda  🙂     Czas usiąść do jedzenia…….. Maszerujemy do kuchni,  otwieram lodówkę i patrzę na córkę z pytaniem  ,, co zjesz ???? ,,   Jej mina mówi wszystko !  Gdyby mogła odpowiedzieć jak nic usłyszałaby  ,,muszę jeść ? ,,  albo nie jestem głodna ,, !    Cóż koniec końców wybieram sama bo na decyzję córki się nie doczekam.    Prędzej lodówka się zepsuje  😉     Posiłek zjada i zjada i zjada……  Wybiła 16.00   Nareszcie  skończyła   i idziemy umyć zęby  🙂     Matko,  ja w tym czasie wypiłam drugą kawę  ( kubek mam  półlitrowy  )   🙂     Jeszcze raz tłumaczę Zosi  dokąd się wybieramy,  pokazuję zdjęcia i widzę jak jest zadowolona i podekscytowana !    Ja przeciwnie…..    Dałam radę przed wyjazdem namówić ją by zjadła banana  !   To owoc który lubi więc nie musiałam długo prosić  🙂    Do torby pakuję przekąskę i piecie by w drodze powrotnej mogła  coś zjeść  😉    Wyruszamy o  17.30   jest ciemno ale pogoda łaskawa,  nie wieje,  nie pada,  nie ma gęstej mgły i temperatura całkiem  wysoka jak na listopad.   Zabieramy ze sobą ciocię Gosię,  miała wolne i zgodziła się nam towarzyszyć,  przy okazji utrwala trasę  a ja mniej się denerwuję…. Tak jakoś raźniej……  Kogo zabiera Zosia ?   Tubisia !    Dipsi  zaraz po posiłku wylądował w foteliku   🙂     Było oczywiste, że jedzie z nami !    Wychodząc z domu w myślach jak mantrę powtarzam  ,, będzie dobrze,, !    Pewności  jednak brak……..    Tym razem wiezie nas Grześ,  kochany jak zwykle.    Zmienił godziny pracy by nas zawieźć !    To się nazywa  ,, móc na kogoś liczyć,, !    W sumie niezła z nas ekipa !    Ja zdenerwowana,  że tchu brak,   Zosia uśmiechnięta od ucha do ucha z Dipsim,   który popiskuje co chwilkę pod jej pachą,   ciocia Gosia spokojna,  opanowana,  jak zawsze niezastąpiona i  Grześ jedyny w swoim rodzaju !   Zanim wyruszymy Zosia życzy sobie zdjęcie 😉   Jest taka szczęśliwa,  że aż podskakuje z radości  !   Moja wyjątkowa córeczka !   1-_DSC0993No to w drogę…..   Mamy trochę  czasu w zapasie,  jak nic się nie wydarzy po drodze, będziemy z pół godziny wcześniej.   Dojeżdżamy do Rogoźna a przez CB Radio słyszymy informację  o tragicznym wypadku na naszej trasie…..  Droga zablokowana,  dwie ofiary śmiertelne,  kilkoro rannych….. Zrobiło mi się gorąco……  Cóż, Grześ podjął decyzję o zmianie trasy by nie utknąć w korku,  moglibyśmy najzwyczajniej nie dojechać  na badania.   Trasa na Poznań przez Murowaną Goślinę.   Trudniejsza droga,  dłuższa,  wjazd do Poznania z drugiej strony.    Nawet z półgodzinną nadkładką czasową nie zdążymy !   Dzwonię do naszego pana doktora….. kurcze nie odbiera, oczywiście,  przecież już przyjmuje pacjentów.   Jedziemy jednak dalej,  ryzykuję.    Wiem,  że nasz pan doktor gabinet ma czynny czasem do późnych godzin wieczornych.     Po chwili dzwoni moja komórka,  pan doktor oddzwania,  melduję więc o wypadku i o tym,   że się spóźnimy.  Przepraszam a w odpowiedzi słyszę   pogodny głos doktora,   spokojnie mama ,  pracuję do późna więc nie ma kłopotu,  czekam na was.    Jestem trochę spokojniejsza ale w duchu proszę by już nic niespodziewanego się nie zdarzyło.    Na szczęście dotarliśmy bezpiecznie do gabinetu tylko z piętnastominutowym opóźnieniem !    Grześ,   dziękuję !    Pani w recepcji jak zwykle przemiła, na widok Zosi uśmiecha się,  wstaje i wita  się z  małą pacjentką.    Zosia zna to miejsce doskonale,  rozbiera się,   bierze Dipsiego i podchodzi do każdego w poczekalni  by się przywitać .   Zaskoczeni ludzie uśmiechają się na jej widok.  Słyszę od pani obok mnie – ,,ma pani rozbrajającą córkę,,    Dziękuję.    Oj tak,  uroku Zosi nie brak,  dobre maniery też wpojone więc nie  muszę się za nią wstydzić…..  😉  no z małymi wyjątkami ale i o tym za chwilę.     Nasza kolejka minęła więc wchodzimy jako następni….. mam sucho w ustach,  serce mi wali ale uśmiecham się by nie denerwować Zosi.      I w końcu otwierają się drzwi gabinetu,  pojawia się nasz kochany pan doktor Bartłomiej i zaprasza do środka.     Zosia  maszeruje przodem…….

Wita się z panem doktorem,  obchodzi gabinet,  zagląda nawet do szafy  🙂     Pan doktor się śmieje,  no tak kontrola musi być –  mówi.   Rozbieram ją i kładę na kozetkę,  podaję Dipsiego na wyraźne życzenie Zosi,  która jest spokojna i wyczekuje badania.   Pan doktor zaczyna a ja w napięciu milknę i czekam….jeszcze o nic nie pytam…. boję się zapytać i tyle.   Pstrykam kilka zdjęć,   odkładam aparat.    Minuty wleką się w nieskończoność  a ja już nie wytrzymuję –  panie doktorze, pytam w końcu –  jak serce Zosi ????     Hm… pan doktor szczerze i rzeczowo odpowiada –  nie jest źle.  Na tę chwilę jest stabilnie choć wyniki troszkę się zmieniły.   Lepiej nie będzie, tak to jest,  że przychodzi czas i forma serca zacznie spadać.    U Zosi się zaczęło ale  jesteście na początku tej drogi.   Pytam więc o to ile nam zostało czasu do kolejnej operacji.   W odpowiedzi słyszę –  spokojnie to jeszcze nie ten czas.  Ile go macie ?  Nie wiem.   Tego nikt nie wie,  trzeba monitorować serce,  robić  badania i czekać.   Nie ma innego wyjścia,  nie ma innej drogi………………………………… Nie będzie lepiej ale na razie nie jest źle.

A teraz  nazwy i cyferki.    Ksenograft  MFV  w  MPA  było  3,5o m/s.,   a jest    3,65  m/s.,   zwężony     🙁     ale nie hamuje  przepływu krwi,   max.  gradient  RV – PA   było 50 mmHg    a jest  55  mmHg   ponowny wzrost.    Pan doktor poinformował mnie,   że operuje się przy  70 mmHg       Do tej granicy sercu Zosi  pozostało   15 mmHg……………………………:(

W trakcie badania na twarzy Zosi widać było wiele emocji.  Zaskoczenie, zdumienie, czasem niepokój  a czasem lekki uśmiech.  A teraz wracając do dobrych manier Zosi, nie od dziś wiadomo, że ta mała dziewczynka potrafi zaskoczyć, jest nie przewidywalna i czasem trudno okiełznać jej temperament !   A już na pewno nie lubi się brudzić,  mieć klejących  czy brudnych rąk !  To nawyk wypracowany od dawna i tak bardzo potrzebny przy zachowaniu higieny otwartej stomii. Tak więc gdy nasz kochany pan doktor niechcący dotknął żelem rączkę Zosi, którą przytrzymywała koszulkę ta odruchowo i bez namysłu  złapała za koszulę pana doktora i szybko umazaną rękę wytarła.  Mina pana doktora Bartłomieja bezcenna a że to naprawdę cudowny lekarz, taki z powołania uśmiechnął się tylko mówiąc do Zosi –  co, mam wyprać koszulę.    Przeprosiłam za zachowanie Zosi,  nie mogłam tego przewidzieć.   Jak dobrze, że się nie czerwienię bo byłabym pewnie jak burak.    Taka jest właśnie Zosia.   W ramach rekompensaty pan doktor został przez Zosię kilkukrotnie przytulony.  Po badaniu pomogłam córce się ubrać a jak tylko zapięłam kozaki pobiegła do Zlewu by umyć ręce.   Na wyjście powiedziała do pana doktora  ,, idę,   pa pa, pa ! ,,  i poszła do czekającej  na nią cioci Gosi bym mogła w spokoju omówić z panem doktorem wyniki badań,  zalecenia i termin kolejnej wizyty. Otrzymałam też nagranie z badania na płycie.   Panie doktorze jeszcze raz bardzo dziękuję za szczerość,  rzetelność,  troskę i opiekę nad Zosią.   Za cierpliwość  i udzielenie mi wszelkich informacji a wiem,  że często to nie łatwe.    Moja córka ma najlepszego kardiologa na świecie !   Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia w marcu.      Podróż powrotna odbyła się bez zakłóceń i już naszą stałą trasą.   Gosiu, Grzesiu jeszcze raz ogromne  DZIĘKUJĘ !

Teraz wyniki prześlę do pana profesora Malca by był na bieżąco ze stanem serca Zosi i by wyraził swoją opinię, która jest dla mnie wyrocznią.   Jak powie tak zrobię.    Kochani dziękuję za Waszą obecność…………………słowa otuchy !  Pomagają…….. bardzo !    A tak było  😉1-_DSC1004 1-_DSC0998 1-_DSC0997 1-_DSC1005 1-_DSC1007

 

 Uf…… w końcu zdążyłam i choć jest  23.00 to jeszcze środa !   Teraz muszę utulić i wycałować Zosię bo cierpliwie czekała aż mama skończy stukać w klawiaturę.   Pozdrawiamy Was kochani……… serdecznie !

Krótko…

Kochani co i jak napiszę w środę. Zosia  miała spore kłopoty z żołądkiem, odwołałam wszystkie czwartkowe i piątkowe zajęcia…. Wymioty, biegunka…. długo by pisać a że ma być krótko więc melduję, że jest już lepiej, dużo lepiej i jutro jedziemy na umówione od miesiąca badania serca Zosi !

Czy się denerwuję ?  Mało powiedziane.  Strach pożera mnie od środka jak zawsze przed badaniami…. Dopóki nie usłyszę  w jakim stanie jest serce Zosi nie uspokoję się…    Mam nadzieję na optymistyczne wieści ale……. i na te złe przygotować się muszę.  Trzymajcie kciuki !  Pozdrawiam Was serdecznie ! A oto koleś, który jutro będzie nam w podróży towarzyszył.    Odnowiona stara miłość Zosi  🙂   Dipsi  🙂1-_DSC0945

 

Jedyny, niepowtarzalny, wyjątkowy…. Nasz kochany PROFESOR SERCE EDWARD MALEC !

Kochani…..zamieszczam ten artykuł abyście mieli okazję bliżej poznać człowieka, który uratował życie Zosi.   Wiele mogłabym tu napisać ale myślę, że gdy zatrzymacie się na chwilę i przeczytacie poniższy tekst zrozumiecie dlaczego jestem pełna uwielbienia dla tego niesamowitego człowieka !  W poniższym artykule pada liczba   370    bo tyle polskich dzieci zostało zoperowanych  przez profesora w Niemczech…  W śród nich i moja Zosia…. Miała wtedy 23 miesiące i gdyby nie ten człowiek nie dożyłaby swoich drugich urodzin………………… Poniższe historie innych dzieci tak bardzo podobne do naszej powtarzają się  do dnia dzisiejszego……   Smutne……. Jak my rodzice dzieci z ciężkimi wadami serca jesteśmy profesorowi Edwardowi Malcowi  wdzięczni za uratowanie  im życia…… pisać nie trzeba !  Bo nie ma takich słów, których można by było użyć by opisać to co czujemy.   Jedno jest pewne, ufamy mu bezgranicznie i by ratował nasze dzieci….moją Zosię…..  pojedziemy za NIM na koniec świata !!!     A ja mogę tylko dodać,   że nikomu innemu nie powierzę życia Zosi.   To ON uratował jej serce…..życie.   Dokonał tego co reszta uważała za niemożliwe….. Proszę…..poznajcie cudownego człowieka jakim jest  profesor Edward Malec !97ddf60ee8

Profesor Serce

Iza Michalewicz

13.11,2013

Münster, wrzesień 2013. Profesor zaczyna swój codzienny obchód przed siódmą rano. Odwiedza każde zoperowane przez siebie dziecko, żeby posłuchać, jak oddycha. Niemcy zamontowali mu urządzenie, które na komputerze w gabinecie pokazuje pracę serca pacjentów, przez co profesor jest trochę spokojniejszy. Ale wieloletni nawyk doglądania dzieci od samego rana pozostał. Zagląda najpierw do Amelki.

 

Amelka (6,5 roku) urodziła się ze złożoną wadą aortalną. Jest po czterech operacjach serca. Siedzi teraz w szpitalnym pokoju przed laptopem i szczebiocze z koleżanką. Obok szczęśliwy tato. Rodzina pochodzi z południa Polski.

 

– Kiedy Amelka się urodziła, lekarze kazali wezwać księdza, żeby ją ochrzcił. Trafiła do szpitala w Prokocimiu. Tam dwa razy zoperował ją profesor Malec. Ale odszedł z kliniki, a Amelka nadal potrzebowała szybkiej pomocy. Ówczesny ordynator kardiochirurgii dziecięcej prof. Janusz Skalski polecił zoperować córkę dopiero po świętach, za trzy miesiące. A już przeszło miesiąc czekaliśmy na operację. Kiedy żona do mnie zadzwoniła z tą wiadomością, ja, twardy facet, rozbeczałem się. Jak ma się dziecko z wadą serca, każdy dzień jest jak darowany. Mojej Amelce ktoś na raty odbierał życie.

 

Mama Amelki: – Wtedy znaleźliśmy profesora Malca. Po odejściu z Prokocimia operował w Monachium. Odpisał natychmiast: „Przyślijcie mi badania i echo serca”. Ale szpital ociągał się z wydaniem dokumentów. Kazano mi napisać podanie i miesiąc czekać. Wpadłam w rozpacz. O drugiej w nocy postawiłam na czatach koleżankę i poszłam do dyżurki pielęgniarek.

 

Ojciec: – W tym czasie gnałem co sił samochodem sto kilometrów do Krakowa.

 

Matka grzebie w kartotece, szukając dokumentacji córki. Cyk, cyk – fotografuje po kryjomu, w strachu, że pielęgniarka wróci. Ojciec dziewczynki odbiera aparat i tej samej nocy wraca do domu. Zgrywa zdjęcia. Wysyła. Profesor pisze: „Przyjeżdżajcie. Będę operował”. Na operację w Monachium rodzice zapożyczyli się na 17 tysięcy euro. Na kolejny wyjazd, do Münster, pieniądze zebrali przez fundację.

 

CV: Profesor Edward Malec

– od 2013 szef kardiochirurgii dziecięcej Uniwersyteckiej Kliniki w Münster, w latach 1997-2007 kierował Kliniką Kardiochirurgii Dziecięcej Uniwersytetu Ludwiga Maximiliana w Monachium,w latach 1997-2007 w Polsko-Amerykańskim Instytucie Pediatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Jako pierwszy w Polsce przeprowadził w 1991 r. zakończoną powodzeniem operację u dziecka z niewykształconą lewą komorą serca (HLHS), zapoczątkowując leczenie tej wady w kraju. Jest członkiem Amerykańskie-go Towarzystwa Torakochirurgów, Lyons Club i Kawalerem Orderu Uśmiechu

 

 

Lekarz roku

 

Na oddziale kardiochirurgii dziecięcej Uniwersyteckiej Kliniki w westfalskim Münster leży kilkanaścioro dzieci. Obok siebie polskie, niemieckie, czasem rosyjskie czy z innych krajów. Niemcy zatrudniają w szpitalu 8 tys. ludzi, w tym ponad stu profesorów, 1,3 tys. lekarzy i 2 tys. pielęgniarek. Na początku roku ta potężna machina 33 klinik i ośrodków badawczych ściągnęła do siebie z kliniki w Monachium profesora Edwarda Malca i jego prawą rękę doc. Katarzynę Januszewską. W uniwersyteckiej gazecie „Einblick” Niemcy triumfowali: „Uniwersytet zdobywa najlepszych lekarzy dla kardiochirurgii dziecięcej”.

 

– Chcieli ją tu odbudować – mówi prof. Malec – bo to bardzo prestiżowy uniwersytet. Przyszedłem tu, bo lubię wyzwania i zmiany. W Monachium ciągle starają się, żebym wrócił.

 

Niemcy doceniają geniusz polskiego kardiochirurga. Dają mu od razu stanowisko uniwersyteckiego profesora. I czterokrotnie przyznają prestiżowy dyplom jednego z najlepszych lekarzy w Niemczech (w latach 2010-2013).

 

Pierwsze pytanie profesora, nim przyjął pracę w Münster, brzmiało: „A jaki macie hotel dla rodziców? Bo ja będę miał wielu pacjentów z Polski.” – Z dyrektorem szpitala pojechałem go obejrzeć. Okazało się, że Niemcy wydrukowali nawet po polsku informacje o szpitalu, by pójść pacjentom na rękę. Byłem zaskoczony – opowiada.

 

Szpital zatrudnił profesorowi również polską sekretarkę, która obok doc. Januszewskiej pomaga rodzicom nieznającym niemieckiego.

 

370 polskich serc

 

W Monachium w 2007 roku Malec okazał się jeszcze większym dyplomatą. Podpisując kontrakt, postawił warunek, że polskie rodziny, które będą szukały u niego ratunku, zapłacą za operację mniej niż tamtejszy ubezpieczyciel zwróci za niemieckiego pacjenta.

 

Mówi Barbara Sapała, matka operowanego wtedy, czteroletniego dziś Maćka: – Gdyby profesor nie wymógł na szpitalu specjalnych cen dla polskich pacjentów, zapłaciłabym nie 25, ale ponad 50 tys. euro Wiem, bo księgowość szpitala przysłała mi pomyloną fakturę.

 

To było bardzo korzystne dla polskich rodzin, choćby w przypadku komplikacji. Cena była stała niezależnie od tego, ile czasu dziecko spędziło w szpitalu (dziś doba na oddziale to 1,5 tys. euro).

 

Malec zoperował w Monachium 370 polskich dzieci. – Ale szybko zacząłem słyszeć w mediach głosy kolegów po fachu, że operując te dzieci, podważam autorytet polskich chirurgów. Że dzieci nie powinny jeździć do Niemiec, bo wszystkie wady serca można zoperować w Polsce. A przecież ja nigdy nie reklamowałem się ani nikogo nie zapraszałem na operacje do Monachium. To była wyłącznie decyzja rodziców. A ja jako lekarz nie mogłem im po prostu odmówić, widząc szansę pomocy dziecku.

 

37 proc. lekarzy było w zeszłym roku poddanych naciskom administracyjnym i ekonomicznym: ”Tu interes, a tu serce”

 

W Polsce co jakiś czas odżywa debata na temat sensu wyjazdów na operacje za granicę. Mimo że z 4 tysięcy dzieci z wadami serca, które każdego roku rodzą się w Polsce, znaczny odsetek umiera w pierwszym roku życia, jeśli nie podejmie się właściwego leczenia. Na przykład dzieci z jedną komorą serca (HLHS) muszą przejść trzyetapową korektę wady. Pierwszy, ratujący życie etap, w okresie noworodkowym, drugi – w czwartym-szóstym miesiącu życia i ostatni, kiedy dziecko ma góra dwa lata.

 

Doc. Katarzyna Januszewska (z żalem): – W Polsce bardzo trudne do zoperowania dzieci czekają w kolejkach bez końca, bo zwykle operuje się łatwe przypadki. Z czasem w organizmie dziecka zachodzą takie zmiany, które powodują, że operacja jest trudniejsza, szansa powodzenia mniejsza albo dziecko w ogóle umiera. Rodzice czasami mówią, że mają wrażenie, że lekarze czekają, aż dziecko umrze, zamiast powiedzieć, że nie potrafią zoperować. W innych krajach lekarze uczciwie przyznają: nie umiemy pomóc, jedźcie gdzie indziej. To kwestia elementarnej uczciwości w stosunku do pacjenta.

 

Ojciec Amelki: – Z piątki dzieci planowanych wtedy w Prokocimiu do operacji żyją tylko moja córka i chłopiec, którego rodzice też zabrali do Monachium.

 

To dziecko nie poleci

 

Katarzyna Weśniuk, mama Oliwki, która urodziła się bez lewej komory serca: – Gdy Oliwka miała dziesięć miesięcy, jej stan był dramatyczny. Terminu drugiego etapu operacji ciągle nie było, choć miała się odbyć cztery miesiące wcześniej. Oliwka była sina, nie miała siły jeść, nie siedziała. Wegetowaliśmy na kardiologii, wierząc, że lekarze mają jakieś plany. Po cewnikowaniu ordynator doc. Andrzej Rudziński powiedział, że przy tak cienkich tętnicach płucnych Oliwka nie ma szans na przeżycie drugiego etapu.

 

Weśniukowie wpadli w rozpacz. W internecie znaleźli prof. Malca, który uznał, że standardowa operacja rzeczywiście mogłaby odebrać dziewczynce życie, ale miał pomysł, jak pomóc. Rodzice zdecydowali o przewiezieniu dziecka do Monachium. I tu zaczęły się schody.

 

– Gdy powiedzieliśmy o tym, nagle pojawił się termin operacji. Już na następny dzień – wspomina mama Oliwki. – Nieważne, że dziecko akurat miało infekcję. Potem mieliśmy trudności z otrzymaniem wypisu. Spóźniliśmy się na samolot. Po telefonie doc. Rudzińskiego do linii lotniczych mieliśmy problemy na lotnisku.

 

Malec pamięta tych rodziców. – Bardzo chore dziecko zawieźli na lotnisko do Balic. Stamtąd samolot do Monachium lata pięć razy dziennie. Stali w kolejce do odprawy. Gdy przyszła ich kolej, usłyszeli, że nie wejdą na pokład. Zadzwonił lekarz z Prokocimia, że dziecko umrze w transporcie i powinno być leczone w kraju.

 

Oliwka dotarła do Monachium z wirusem świńskiej grypy niezdiagnozowanym w krakowskim szpitalu. W ciągu trzech miesięcy przeszła dwie operacje i cewnikowanie serca. – Wróciliśmy do domu z zupełnie innym dzieckiem – mówią rodzice. – W końcu miało siłę, żeby żyć. I pierwszy raz poczuliśmy, że komuś oprócz nas tak bardzo zależy na uratowaniu naszego dziecka. Profesor Malec odwiedzał nas w szpitalu nawet w dni wolne od pracy. Stawiał sobie krzesełko przed łóżeczkiem, siadał i czuwał.

 

Dziś zdjęcie Oliwki, wśród bardzo wielu innych, wisi w pobliżu gabinetu profesora.

 

Po wyjeździe Malca z Monachium nie zoperowano tam żadnego dziecka z Polski.

 

Czteroletnia Oliwka po zabiegu w szpitalu w Münster

 

Pomocnik pielęgniarki

 

Profesor Jan Oszacki, szef II Kliniki i Katedry Chirurgii słynący z błyskotliwych technik chirurgicznych, radzi utalentowanemu studentowi, żeby zahaczył się w klinice w Prokocimiu: – Oni mają kontakt z Amerykanami. Można wyjechać na stypendium, uczyć się. To idealne miejsce dla takiego ambitnego człowieka jak pan.

 

Jest rok 1979. Edward Malec ma 25 lat i kończy z wyróżnieniem Wydział Lekarski krakowskiej Akademii Medycznej. Jeszcze nie wie, jaką wybierze specjalizację. Mimo że jest jednym z najlepszych studentów, nie ma dla niego pracy. Oszacki umawia go z szefem chirurgii dziecięcej prof. Janem Grochowskim.

 

Grochowski: – Etatów nie mam, ale mogę przyjąć na studia doktoranckie.

 

Młody lekarz dostanie temat pracy doktorskiej z wad serca u dzieci. Kardiochirurgia dziecięca dopiero raczkowała. – Chodziłem do zabiegów operacyjnych, ale właściwie robiłem wszystko. Nawet czynności pielęgnacyjne – wspomina. – Umiałem to, bo w czasie studiów każde wakacje spędzałem w szpitalu w Brukseli. Tam przeszedłem wszystkie etapy, od pomocnika pielęgniarki, przez starszego pielęgniarza, po asystenta. Nauczyłem się robić zastrzyki, zmieniać opatrunki, myć chorego, prześcielić łóżko.

 

Uczeń tyrana

 

Malec wie, że w ramach działań fundacji Project Hope od 1977 roku do Prokocimia przyjeżdża najsłynniejszy amerykański kardiochirurg profesor William Norwood. I uczy polskich lekarzy wypracowanych przez siebie nowoczesnych technik operacyjnych. Ale spotyka go dopiero w 1981 roku. W Polsce szaleje stan wojenny. Norwood przywozi ciężarówki sprzętu i narzędzi chirurgicznych. Jest pionierem w operowaniu dzieci z jedną komorą serca, wcześniej skazanych na śmierć (w 1997 roku odbierze doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego).

 

Prywatnie człowiek otwarty i serdeczny, na sali operacyjnej staje się tyranem. Jednym z niewielu asystentów, który zniesie wszystkie jego ataki furii, okaże się właśnie Malec.

 

– Ileż razy dał mi po łapach! Wszyscy się go bali. Nawet profesor Eugenia Zdebska, twórczyni krakowskiej szkoły kardiochirurgii dziecięcej – świeć Panie nad jej duszą – wychodziła z operacji z płaczem. Potrafił wywalać asystentów z sali operacyjnej. Kiedyś, będąc w Stanach, robię doświadczenia w laboratorium, a tu dzwonią z sali operacyjnej, że mam natychmiast przyjść. Rzucam wszystko, a na sali Norwood sam przy stole, asystenci powyrzucani. „Nie mogę z tymi debilami dać sobie rady!”. Myłem się i pomagałem. Nie mogłem obrażać się na Norwooda, bo on chciał, bym pomógł mu uratować dziecko. Potem Norwood wychodził z sali i pytał jak gdyby nigdy nic: „Co dzisiaj robimy na obiad?”.

 

Edward Malec jeździ do USA na zaproszenie profesora. W 1984 roku w Filadelfii Norwood podpisuje papiery, że bierze za niego odpowiedzialność. Prawo w USA jest rygorystyczne. Jeśli ktoś nie ma stosownej specjalizacji, nie wolno mu nawet dotykać pacjenta. A Malec jeszcze nie ma. Dzięki Norwoodowi jednak może się uczyć. Wyjedzie do USA jeszcze kilkakrotnie. Zawsze będzie mieszkał w domu profesora. Relacja mistrz – uczeń przerodzi się w przyjaźń.

 

Na zjazdach kardiochirurgów lekarze będą sobie Malca pokazywali palcami: – To jest jedyny facet, którego Norwood tolerował.

 

Prof. Malec odbiera dyplom Honorowego Członka Stowarzyszenia Sursum Corda

 

Bo ci, którzy obrażali się na słynnego profesora, szybko kończyli karierę. Malec mówi dziś, że bezwzględność Norwooda była naturalna: tak się uczy chirurga. – Serce dziecka jest maleńkie jak jego piąstka. Jeden fałszywy ruch – i dziecko umiera. To nie chirurgia plastyczna, urologia czy ortopedia, że można sobie dłubać godzinami. Serce podczas operacji można zatrzymać na ściśle określony czas. Trzeba sprawnie działać. Mieć już z góry ustalony plan. Ja wcale nie jestem szybszy niż inni chirurdzy. Tylko idąc do zabiegu, nie zastanawiam się, co będę robił. Już wszystko mam wcześniej przepracowane w głowie.

 

Myśli pan, że przeżyje?

 

Münster, wrzesień 2013. – W Łodzi kazali nam rosnąć, to sobie rośliśmy – mówi Joanna Oliniewicz-Kosatka, mama Nikodema. Jest zmęczona. Siedzi przy łóżku trzyletniego chłopca. Nikodema po urodzeniu ratował profesor Jacek Moll, znakomity uczeń prof. Zbigniewa Religi i szef kliniki kardiochirurgii Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Ale na drugi etap korekty jednokomorowego serca, obarczonego jeszcze dodatkowymi wadami, dziecko już się nie doczekało. Wtedy (w 2010 roku) szpital miał zaledwie siedem łóżek na sali pooperacyjnej. I kilometrową kolejkę czekających na ratunek dzieci.

 

– Jeździliśmy do CZMP prywatnie. Tak odległe były terminy wizyt. Nikoś ginął. Dwa razy kopnął piłkę i sapał. Gdybyśmy tak dalej rośli, to nie dojechalibyśmy już do żadnego szpitala.

 

Mama Nikodema mówi, że gdy pojechała na konsultację do profesora Malca, okazało się, że dziecko nie ma nawet podstawowych badań, jak cewnikowanie serca. Rodzice starali się w Łodzi, ale badanie wciąż przekładano. – W końcu udało się we Wrocławiu, gdzie rozpoznano nadciśnienie płucne. W ten sposób Nikoś stał się nieoperowalny. Ale profesor chciał go ratować. W niespełna tydzień moja firma, Work Service, zebrała 85 tys. 600 złotych.

 

Koszt operacji w Münster wynosił niemal 150 tys. złotych. Resztę rodzice zebrali przez fundację Cor Infantis.

 

Prof. Malec: – Z duszą na ramieniu zrobiłem to, co Nikodem powinien mieć zoperowane jako półroczne dziecko. Dzisiaj mógłby już być po trzecim etapie korekty. Kardiolodzy mnie pytali: myśli pan, że to dziecko przeżyje?

 

Obyś miał następców

 

Kraków, 1994. Któregoś wieczora w Prokocimiu dzwoni telefon (Malec jest akurat na dyżurze): – Ja i profesor Castaneda – oznajmia w słuchawce William Norwood – postanowiliśmy pracować w Szwajcarii i chcielibyśmy się dowiedzieć, czy nie chciałbyś pracować z nami. Norwooda nazywa się ojcem, a Gwatemalczyka Aldo Castanedę matką dziecięcej kardiochirurgii. Malec ma już habilitację i właśnie został docentem. Prosi o urlop bezpłatny. Wie, że właśnie dostał szansę uczenia się od najlepszych na świecie.

 

– Wtedy rektorem był słynny profesor Szczeklik. Powiedział: „Daję panu ten urlop i bardzo się cieszę, że jedzie pan się kształcić”. Pracowałem w Szwajcarii trzy lata. Klinika mieściła się w małym miasteczku z przepięknym widokiem na Mont Blanc i Jezioro Genewskie. Przez siedem dni w tygodniu, niemal non stop, istniała dla nas tylko chirurgia.

 

Rozmowa z Markiem Balickim: ”Szpitale jak fabryki”

 

Norwood uczył Malca uprawiania medycyny. Zawsze mu powtarzał: „Jeśli jest chociaż cień szansy, to ją wykorzystaj”. A Castaneda dodawał: „Pisz prace po angielsku – po polsku nikt nawet nie będzie czytał – i ucz, żebyś miał następców”.

 

Pod jego okiem ośmioro lekarzy zrobi doktoraty. Doc. Katarzyna Januszewska: – Znane są historie, kiedy ktoś napisze doktorat i miesiącami czeka na poprawki. Ja swój dostałam poprawiony po trzech dniach.

 

Swoim asystentom Malec załatwi stypendia u Norwooda. Będą uczyli się amerykańskiej medycyny w tamtejszym szpitalu pediatrycznym. A przede wszystkim tego, jak się walczy o pacjenta. – Technika to nie wszystko. To można opanować. Chciałem, żeby nauczyli się, jak być lekarzem – mówi profesor. – Ale Norwood mnie też ostrzegał: „Pamiętaj, że troszcząc się o pacjenta, nieraz narazisz się kolegom czy personelowi. Ale to nie dyrektor, nie zawodowe koterie, ale człowiek stoi na pierwszym miejscu”.

 

Bujak

 

Kraków, 2005. – Mówili: „Widzi pan, panie prokuratorze? Przychodzi, siedzi na tym swoim bujaku i wpatruje się w te dzieci. Po co on to robi?”. Ale ci lekarze chyba nie rozumieli, że dla nas, rodziców, taki lekarz to skarb – Jacek Wygoda, prokurator IPN, niegdyś prawa ręka Janusza Kurtyki, sięga pamięcią wstecz: – Moja córka Monika urodziła się z HLHS. Kardiolog, do którego trafiła w Prokocimiu, docent Andrzej Rudziński, zdiagnozował wadę serca, ale uznał, że nie wymaga natychmiastowego leczenia. Po czym odmówił przyjęcia dziecka na oddział, podobno z braku miejsca. Dzwoniłem do wszystkich świętych, żeby ją przyjęli. Leżała w końcu na tej kardiologii, ale nic przy niej nie robiono. Po pięciu dniach dostała zapaści. Malec, jak twierdzi, nawet nie wiedział, że takie dziecko ma być zoperowane. Gdyby wiedział, życie córki potoczyłoby się zupełnie inaczej.

 

Prof. Malec w prokocimskim szpitalu ma swój bujany fotel, na którym godzinami czuwa przy zoperowanych dzieciach. Bo zrobić zabieg to jeszcze nic. Najważniejsze, żeby dziecko przeżyło. Bywa, że nie wraca do domu na noc, kiedy stan dziecka jest ciężki.

 

– Moja córka trafiła do niego już po zapaści, a mimo to uratował jej życie. Niestety, mózg już był niedotleniony i Monika nie chodziła, nie mówiła. Zawiadomiłem prokuraturę.

 

Malec pamięta córkę prokuratora. – Nikt w Polsce nie chciał podpisać się pod stwierdzeniem, że lekarz zrobił błąd – opowiada. – Znałem jedną lekarkę, która – jak dostrzegała wadę serca u płodu – wysyłała matki, by rodziły w Krakowie. I ja zaraz po porodzie operowałem. Wysłałem jej dokumentację dziewczynki. Była oburzona. „Jak można się tak pomylić!” – mówiła. Potem dowiedziałem się, że powołano ją w tej sprawie jako biegłą. Już nie dopatrzyła się błędu.

 

Pieniądze to nie wszystko

 

Malec operuje najtrudniejsze przypadki, ale wielu mówi: szarlatan, eksperymentuje.

 

– Tak samo kiedyś mówiono o Norwoodzie – wspomina profesor. – Dzieci umierały mu na stole jedno po drugim. Ale on, choć miał chwile zwątpienia, nie poddawał się.

 

Serce niemowlęcia jest małe jak jego piąstka. Jeden fałszywy ruch i dziecko umiera

 

W 1997 prof. Malec, będąc jeszcze w Szwajcarii, dostanie dwie propozycje: objęcia kardiochirurgii dziecięcej w Prokocimiu i kontraktu w USA u boku Norwooda. Stanie na rozdrożu. Od 14 lat jest już żonaty z koleżanką ze studiów (Małgorzata Malczewska-Malec jest dzisiaj bariatrą), mają córkę (w przyszłości urodzi się jeszcze druga). – Norwood zaprosił mnie z żoną. Polecieliśmy do USA. Właściwie już wybraliśmy dom, w którym zamieszkamy. Kontrakt opiewał na kilkaset tysięcy dolarów. Żona powiedziała, a mówiła tak całe życie: „Co postanowisz, tak będzie”. Wiedziała, że kardiochirurgia jest dla mnie pasją, ale podobnie jak ja uważała, że pieniądze to nie wszystko. Kiedy przyjechałem do Krakowa, prof. Grochowski nalegał, żebym wrócił i tu budował nowoczesną klinikę. Tak też zrobiłem.

 

Za pieniądze sponsorów Malec kupi aparaturę, poprawi warunki na sali operacyjnej, intensywnej terapii, wyśle swoich asystentów na stypendia do Norwooda, „żeby zobaczyli, jak operuje geniusz”. Każe kupować dzieciom pościel i rzadko jeszcze wtedy używane w szpitalach pampersy. A personelowi poleci uszyć nowe kitle. Będzie przychodził do pracy o szóstej i wychodził ostatni. Żaden z jego asystentów nie wyjdzie z pracy o 14.00, żeby dorabiać w prywatnych placówkach. Profesor wywalczy dla nich wyższe zarobki, wzbudzając tym samym zazdrość środowiska. – W 2002 roku, gdy dostałem prestiżową nagrodę Europejskiego Towarzystwa Torako-Kardiochirurgów w Monte Carlo, z którą łączyło się 10 tysięcy dolarów, pieniądze podzieliłem między asystentów.

 

Malec założy też stowarzyszenie Cor Infantis, żeby było konto, na które ludzie chcący wspomóc klinikę mogliby wpłacać pieniądze. Po latach stowarzyszenie zacznie być mylone z fundacją o tej samej nazwie, zbierającą pieniądze na zagraniczne operacje serca. Malec zostanie okrzyknięty tym, który zarabia na dzieciach. – Bywało, że dziennikarze dzwonili do rodziców i pytali, czy mi zapłacili – mówi. – A ja nigdy nie wziąłem ani grosza dla siebie. Gdybym wziął choć 1 euro, nie mógłbym spojrzeć sobie w oczy.

 

Samobójczyni

 

Dzięki nagrodzie w Monte Carlo i spektakularnym operacjom Malca szpital w Prokocimiu staje się znany w Europie, a nawet za oceanem. Profesor zoperuje np. bliźnięta syjamskie z wadą serca. – Miały dwa serca, ale złączone – wspomina. – Operacja się udała, ale za długo zwlekano z rozdzieleniem dzieci. W końcu zmarły.

 

Niedziela, Światowy Dzień Serca. Obchody w Krakowie. Garnitur, krawat, Malec w progu domu, gotowy do wyjścia. Dzwoni telefon: – Przywieźli piętnastolatkę. Zatrzymana akcja serca. Zażyła mnóstwo leków, popiła alkoholem. Chyba chciała popełnić samobójstwo.

 

Malec (błyskawicznie): – To nie są leki, które uszkodzą jej organizm. Ale jakiś czas będą działały. Obłóżcie ją lodem, masujcie serce, szykujcie salę operacyjną. Już jadę.

 

Wyzwania nowoczesnej kardiologii: ”Z sercem w XXI wiek”, ”Zaglądanie w serce”

 

Profesor zastosował nowoczesną metodę reanimacji, podłączając dziewczynę do sztucznego płucoserca, by podtrzymać krążenie i wypłukać zażyte przez nią leki. Nie wrócił już do domu. Nad ranem serce dziewczyny zaczęło bić. – Po pięciu dniach odłączyłem płucoserce, a po tygodniu niedoszła samobójczyni poszła do domu. Potem przychodziła do mnie i dziękowała.

 

Wydarzenie w listopadzie 2007 r. odnotuje specjalistyczna prasa medyczna. Pod sukcesem Malec podpisze też pięciu swoich asystentów.

 

Ale będzie już miał na zawodowym koncie sprawę dyscyplinarną. Rok wcześniej czterech docentów i jeden urolog w stopniu profesora, który nigdy z Malcem nie pracował, oskarżą go o mobbing i łamanie prawa pracy. Dwóch z nich kilka lat wcześniej było na kontrakcie w Szwajcarii. Na zaproszenie Malca. – Jestem furiatem – przyznaje profesor. – W momencie gdy dziecko zaczyna mi umierać na stole, a ktoś nie wkłada wszystkich sił w jego ratowanie, nie przebieram w słowach. Gromię asystentów tak, jak Norwood gromił mnie. Dostałem upomnienie, po czym komisja dyscyplinarna w Warszawie uznała całą sprawę za farsę i ją umorzyła. Oczyścili mnie z zarzutów. Ale niesmak pozostał.

 

Rezygnuję. Będę operował

 

Kraków, 2007. „Dominującą grupę pacjentów kardiochirurgicznych stanowią dzieci z niedorozwojem lewej komory serca, przyjmowane z terenu całej Polski, co znacznie opóźnia leczenie dzieci z prostszymi wadami z naszego regionu (…). Pacjenci z wadami serca z naszego regionu, kwalifikujący się do zabiegu, muszą być operowani w pierwszej kolejności” – pisze do prof. Edwarda Malca dyrektor szpitala w Prokocimiu Maciej Kowalczyk.

 

Profesor jest wstrząśnięty. Bo to oznacza, że nie będzie mógł operować wszystkich dzieci, które potrzebują pomocy. – Zadzwonił do mnie prawnik z Warszawy: „Moje dziecko ma wadę serca, czy mogę do pana przyjechać?”. A ja na to: „Przepraszam, ale dostałem od dyrektora pismo, że obowiązuje mnie rejonizacja. Mogę operować tylko dzieci z terenu Małopolski”. I wtedy ten mężczyzna się rozpłakał. „To znaczy, że moje dziecko ma umrzeć, bo urodziło się w Warszawie?”. Powiedziałem wtedy do mojej żony: „Słuchaj, ja takiej medycyny nie uprawiam”. Całą noc nie spałem. Przyszedłem rano do szpitala i oznajmiłem sekretarce: „Z dniem dzisiejszym rezygnuję z funkcji kierownika Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej i funkcji wicedyrektora Instytutu Pediatrii. Proszę rozesłać stosowne pisma i zadzwonić do tej rodziny z Warszawy, żeby przywieźli dziecko. Będę operował”.

 

Dziecko przeżyło.

 

Raz w miesiącu

 

Po ponad 20 latach pracy w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie prof. Edward Malec odchodzi. W 2007 roku zaczyna operować w Monachium, gdzie ściąga go dyrektor kliniki Uniwersytetu Ludwika Maksymiliana prof. Bruno Reichart. W polskich mediach pojawia się plotka, że dlatego Zygmunt Solorz-Żak dofinansowuje tamtejszą kardiochirurgię 100 mln euro.

 

– Pan Solorz, owszem, dał wielkie pieniądze, ale tamtejszemu neurologicznemu instytutowi badawczemu – zdradza Malec. O szczegółach nie chce mówić.

 

Jestem furiatem – przyznaje profesor. – W momencie gdy dziecko zaczyna mi umierać na stole, a ktoś nie wkłada wszystkich sił w jego ratowanie, nie przebieram w słowach

 

Rodzice polskich dzieci z wadami serca jadą za Malcem. O sprowadzeniu go z powrotem do kraju myśli milioner Leszek Czarnecki. Z jego pełnomocnikiem Zbigniewem Dorendą omawiają wstępnie utworzenie prywatnej kliniki. Specjalnie dla profesora. – Ale w końcu powiedziałem, że nie mógłbym pracować w tej klinice. Bo prywatna. Bałem się, że nie udźwignie kosztów. Kardiochirurgia to droga inwestycja. Ja pracuję w klinikach uniwersyteckich, gdzie pacjentom koszty pokrywa ubezpieczyciel.

 

Raz w miesiącu Malec przyjeżdża do Krakowa i przyjmuje po kilkadziesiąt dzieci. By rodzice nie musieli jeździć na konsultacje do Niemiec. Pod jego redakcją w 2007 roku powstaje znakomity poradnik „Dziecko z wadą serca”. Cały dochód ze sprzedaży idzie na pomoc dzieciom.

 

– W Prokocimiu śmiali się, że się „kumam” z rodzicami – zamyśla się profesor. – Ja po prostu potrafię wczuć się w sytuację człowieka, który ma śmiertelnie chore dziecko. Lubię z nimi rozmawiać. Wszystko wytłumaczyć. Rodzic jest bardzo ważny w procesie leczenia. To on podaje leki, obserwuje dziecko. Ma czasem więcej wiedzy na jego temat niż niejeden lekarz. Jest dla mnie partnerem i staram się mu ufać.

 

Krzyż

 

Córka prokuratora Jacka Wygody Monika umrze 14 lutego tego roku. Jej sprawą zajmie się Europejski Trybunał Praw Człowieka.

 

Prezydent Bronisław Komorowski odznaczy Edwarda Malca Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta. To skłoni jednego z posłów PO, Mariana Cyconia, do poruszenia w Sejmie bolączek polskiej kardiochirurgii. „Apeluję – powie poseł – abyśmy wspólnie zastanowili się, jak doinwestować nasze kliniki i jak zatrzymać w nich najlepszych lekarzy”.

 

Bujak profesora zniknął z oddziału.

 Dziś Zosia ma 6 lat….   Jej serce powoli słabnie ale wiem,  że profesor ponownie zrobi wszystko by je uratować, by mogło bić,   by Zosia żyła !!!! 1-_DSC0560 1-_DSC0626 1-_DSC0833

Mam 6 lat !

Wychowując Zosię najwyższy już czas przyzwyczaić się do kilku  ważnych zasad !  Po pierwsze-  NIE PLANOWAĆ !  Po drugie – jak już zaplanowałaś to i tak nie licz, że się uda zrealizować plan !  Po trzecie –  bądź zawsze gotowa na niespodzianki !  Po czwarte –  dewiza Zosi to  ,, PO MOJEMU,,  – oswój się z tym i nie walcz bo to i tak nic nie da !    To tylko niektóre  zasady obowiązujące w naszym domu, do kilku z nich jeszcze nie przywykłam  😉

I oczywiście zawsze mam nadzieję,  że  jak zaryzykuję i  coś zaplanuję  to się uda.  Tak było  i tym razem,  zaplanowałam i miałam nadzieję,  że plan się powiedzie.   Zresztą nie tylko ja na to liczyłam bo w moim planie uczestniczyły wspaniałe kobiety, które bardzo chciały aby dzień  urodzin Zosi  był tak wyjątkowy jak sama solenizantka.    Niestety Zosia na spędzenie tego dnia miała zupełnie inny pomysł…… Pewnie wszystkie razem byłyśmy nieco zawiedzione ale co pozostaje….?  Chyba wybaczyć  😉   Haniu,  pani Bogusiu…. kochane moje,  wybaczcie więc proszę.

Urodziny w tym roku przypadły w czwartek, dzień wcześniej dotarła z Poznania niespodzianka dla Zosi.   Prezenty i tort !   Tort rzecz jasna nie byle jaki bo z myszkami Miki i Mini, które ostatnio są ulubieńcami Zosi.  Wyglądał bajecznie i powiem Wam w sekrecie, że tak też i smakował  🙂    Bita śmietana i truskawki na jasnym biszkopcie !   Czy można chcieć więcej……..!    Niesamowita Haniu…. Pani Bogusiu nasza wspaniała DZIĘKUJĘ jeszcze raz !    Oczywiście tort zaraz  uwieczniłam !   Niestety mam tylko jedno zdjęcie bo nie zauważyłam, że bateria jest na wyczerpaniu i jej nie doładowałam.     Aby Zosia nie znalazła tortu w lodówce  poprosiłam mamę o przechowanie go bo w naszej byłby odkryty w mgnieniu oka i byłoby po niespodziance.  Taka odrobina konspiracji by wszystko się udało.   1-_DSC0746

Środowe popołudnie minęło  jak zawsze,  rehabilitację rozpoczęłyśmy od ćwiczeń oddechowych, następnie artykulacyjnych.  Później ćwiczenia ogólnorozwojowe a po nich przerwa na obiad.   Resztę dnia postanowiłam spędzić z Zosią na zabawie by jej nie forsować, w końcu solenizantka musi być w dobrym humorze  🙂    Koniec końców wieczór zaczął się przedłużać a ja  już wiedziałam, że moje plany się nie powiodą.   Kolacja była późno, później kąpiel, mierzenie parametrów i w sumie powinnam napisać,  że po umyciu zębów Zosia zasnęła…   Tak z tą różnicą,  że zasnęła dopiero o ósmej rano…….   Zajęcia przedszkolne musiałam odwołać,  liczyłam jednak na to,  że jak zwykle po 4-5 godzinach  córka się obudzi i zrobimy huczne urodziny.  Na moich nadziejach się skończyło bo Zosia spała i spała a ja po 8 godzinach jej snu zaczęłam się denerwować nie na żarty.   Parametry miała w normie,   saturacja dobra,  puls trochę niższy niż zazwyczaj ale spała tak twardo….  Skonsultowałam sytuację z kardiologiem bo zaczęłam się bać….   W słuchawce telefonu usłyszałam tylko, proszę się uspokoić i odpoczywać tak jak Zosia.  Skoro parametry są w normie nic złego się nie dzieje ! Organizm po prostu musi kiedyś wypocząć i wyspać się  😉       Oczywiście,  że nie zasnęłam ale trochę się uspokoiłam,  obserwowałam Zosię siedząc obok niej,  co jakiś czas sprawdzając parametry i  czekałam kiedy moja córka się obudzi.     Godziny mijały a Zosia najwyraźniej miała cudowne sny bo raz po raz uśmiechała się od ucha do ucha  ba nawet śmiała się  na głos przez sen  🙂   Cudnie było tak na nią patrzeć;  śpiącą, uśmiechniętą i taką szczęśliwą.  Może to Waldek jej się śnił ???   Jeżeli tak było to jej  śmiech przez sen mnie nie dziwi…… !

W końcu po dwudziestej pierwszej moja córka otworzyła te swoje piękne niebieskie oczęta  i zawołała ,,mama,, !  Obudziło się dziecko wyspane,  wypoczęte i promienne !  W jej oczach świeciły iskierki radości  a ja byłam szczęśliwa bo zdążyła jeszcze w dniu urodzin zdmuchnąć świeczki na torcie !   Zosia na świat przyszła o 22.41  i o tej właśnie godzinie zdmuchiwała świeczki a ja wypowiedziałam to jedno jedyne życzenie, najważniejsze ze wszystkich życzeń……….!   Czy się spełni……mam nadzieję.    Pewne jest, że magię było czuć w powietrzu i choć byłyśmy w piżamach i w łóżku to bawiłyśmy się cudownie !   Piżama party do białego rana !    Urodziny inne niż zwykle ale naprawdę wyjątkowe.   A solenizantka wypoczęta jak nigdy, przespała prawie trzynaście godzin !!!   Pierwszy raz na tak długo zmorzył ją sen.

Impreza musiała być więc innego dnia.    Kameralnie z najbliższymi i już na galowo a nie w piżamie !     Zosia szczęśliwa i to jest najważniejsze.   Bo przecież kiedy śmieje się dziecko,  śmieje się cały świat !

Wszystkim pięknie dziękuję za pamięć, życzenia, prezenty……. Cudownie jest mieć tylu wspaniałych ludzi obok siebie.    I choć może nie na wyciągnięcie rąk by przytulić  to jednak zawsze obecnych, czuwających i w razie potrzeby spieszących nieść pomoc, radość i wsparcie !     DZIĘKUJĘ WAM KOCHANI W IMIENIU SWOIM I ZOSI !!!!

Hani z Poznania,   pani Bogusi z Poznania,   Sylwi z rodziną z Włocławka,   Justynie z rodziną z Piwniczna Zdrój za piękną kartkę z cudownymi życzeniami………………….. i wszystkim tym,  którzy chcą pozostać anonimowi a trwają przy naszym boku i wspierają nas  na codzień w zmaganiach o przetrwanie !      Jesteście WIELCY !!!     Wasze dusze są ulepione z miłości a serca są pełne łaski !     DZIĘKUJEMY WAM ! 1-_DSC0675 1-_DSC0695 1-_DSC0696 1-_DSC0701 1-_DSC0706 1-_DSC0708 1-_DSC0714 1-_DSC0726 1-_DSC0727 1-_DSC0729 1-_DSC0730 1-_DSC0731

1-_DSC0732

  1-_DSC0734 1-_DSC0739

 

Wracam….

Powspominałam,  rany rozdrapałam,   pokrwawiłam…..    Teraz opatrunki założone,  wspomnienia przytłumione i schowane w szufladach podświadomości…..    Głęboko,   najgłębiej jak się da  by codzienności nie zakłócały…..   Wracam chyba silniejsza.   Nie dla siebie,   oczywiście dla niej !    Ale to dzięki Wam i Waszej obecności tutaj potrafię zawsze zebrać się ze strzępów w całość !

Dziękuję za każde ciepłe słowo,  wsparcie,  pociechę………….    Moja skrzynka pocztowa zasypana wiadomościami……   Najtrudniejsze dni za mną…..  Pomaga oj jak bardzo pomaga dobre słowo!     W tym roku bardziej niż zwykle pozwoliłam  by wspomnienia i te bolesne i te piękne wzięły górę…..    Może niepotrzebnie a może jednak tak ?    Emocje zbyt długo tłumione przytłaczają…    Gdy pozwoli się im  unieść jest trudno.    Później jednak  przychodzi ulga i ukojenie tak bardzo potrzebne…… Jest lżej, dużo lżej zmagać się z kłopotami dnia codziennego !

Ku uciesze co niektórych,  co to mieli nadzieję, że w proch się pewnie obrócę….   Zawiedzeni pewnie bardzo będą !    Cóż informuję,   że złudne były wasze marzenia ludkowie mali, że nie dam rady !   Dopóki mam Zosię i tylu cudownych i wspaniałych przyjaciół  nie oczekujcie klęski mojej !   Nic z tego !   Nie tak łatwo mnie złamać !    Dla Zosi córki mojej najukochańszej  jestem gotowa pójść do piekła bram i z powrotem !    Nie liczcie więc na to,   że się poddam by dostarczyć Wam radości.   Ten się śmieje kto się śmieje ostatni…. radzę zapamiętać !

Przyjaciele moi kochani DZIĘKUJĘ WAM za wsparcie i siłę !   Bezcenny to dar jaki od Was otrzymałam i otrzymuję !   Wracam z zaległymi wpisami już  na dniach…. 🙂 1-_DSC0708

Tęsknimy……

Gdyby był wśród nas….  Gdyby Bóg pozwolił mu żyć….  Gdyby pozwoli mu opiekować się tymi,  których kochał…. A był w tym najlepszy na świecie…….w byciu ojcem.    Waldek…..skończył by dziś 44 lata…………. Wiele mogłabym tu dziś napisać…. jednak tego nie zrobię….. przemilczę.    Niewypowiedziane myśli,  uczucia nieubrane w słowa…………..mniej bolą.

Tęsknimy……tak bardzo tęsknimy.   Zosia miała tylko 3 lata gdy  musiał odejść….. To tak cholernie niesprawiedliwe….    Jestem wściekła i nadal niepogodzona…. i jeszcze długo tak się nie stanie….   Nawet nie wiem czy to możliwe…..  Jednak każdego dnia staram się ze wszystkich sił być dla Zosi mamą i tatą…..    Trudna rola,  potwornie trudna ale podejmuję wyzwanie każdego dnia.   Mamy tylko siebie……………i choć wiem, że gdzieś tam z oddali Waldek czuwa nad Zosią to przecież to nie wystarcza……. to tak mało.    Wspomnienia, fotografie……. by utrwalać w Zosi  pamięć o Nim, o ich miłości i wspólnie spędzonych chwilach….130620105118

Jaki Bóg miał plan ?     Jaki w tym sens….ja go nie widzę.    Czy nie jest tak, że Bóg tak  jak my  popełnia błędy , podejmuje złe decyzje…  A może drwi sobie z nas………Zaczynam wątpić bo nie ma sensu w tym, że dzieciom zabiera rodziców,   że skazuje dzieci na cierpienie….  Jaki w tym do cholery jasnej może być sens??????????????????????????      Im więcej padasz na kolana,    im więcej modlisz się i błagasz o litość tym jest trudniej…..   Tak jestem zła,  rozgoryczona….  i niepogodzona.   Ale walczę z tym bólem i złością…   Bo Zosia mnie potrzebuje.    Potrzebuje mamy pogodnej, radosnej, silnej…..  Więc chowam to wszystko skrzętnie, ukrywam w zakamarkach i uśmiecham się by trwać przy jej boku…………..  1401763_748415538517745_1324992913_o

Zniknęłam…..przepraszam.

Trudne dni za mną i przede mną….  Emocje czasem biorą górę nad rozsądkiem…. Rzadko ale jednak.  Potrzebuję trochę czasu by sobie z tym poradzić… Tak jest co roku o tej porze…. Wszystko wraca z ogromną siłą.   Wspomnienia,  które codziennie i usilnie tłumię  w tych dniach mają moc dopadania mnie…    Wygrywają………  Wrócę.     Już niedługo…. opowiem o urodzinach Zosi, które w tym roku były inne niż zazwyczaj.   Moja córka jak nikt inny potrafi zaskakiwać  🙂     Miało być hucznie a było……….magicznie !    Proszę o jeszcze chwilę cierpliwości kochani…..   Dla mnie, dla Zosi…